Koncepcje racjonlistyczne

Filozofia - Szkoła ponadgimnazjalna - 3 klasa zobacz inne zadania z filozofii
0


koncepcje racjonalistyczne


źródło: tatarkiewicz
zgłoś naruszenie
pytanie zadano 6 lat temu
Heniek
89 pkt
Dodaj komentarz
0

Jedna z najbardziej radykalnych tez podnoszonych przez niektórych racjonalistów głosi, że religia nikomu już nie jest potrzebna do prób zrozumienia świata, bowiem nauka (używając słowa „nauka” tu i dalej mam na myśli tylko nauki przyrodnicze) już objaśniła wszystko to, co do tej pory próbowała objaśniać religia. Każdy, kto choć trochę zna się na nauce, będzie nie tylko zdumiony takim postawieniem sprawy, ale również zada sobie zapewne pytanie, jak nauka miałaby objaśnić coś, czym z zasady się nie zajmuje: wzajemny stosunek Boga i świata oraz duchowy aspekt człowieka.

Powyższe twierdzenie racjonalistów nie jest jednak (wbrew wspomnianym wątpliwościom) wcale pozbawione podstaw. Niektórzy apologeci chrześcijańscy utrzymują, że nauka i religia zajmują się oddzielnymi obszarami zagadnień, dlatego twierdzenie, że nauka miałaby objaśniać to, co miała objaśniać religia, jest dla nich błędne. Powiadają oni, że nauka nie zajmuje się przecież Bogiem, a religia tak, dlatego nie wolno mieszać wyjaśnień naukowych z wyjaśnieniami religijnymi. Podobnie ten, kto zajmuje się Bogiem, nie powinien mieszać zagadnień teologicznych z zagadnieniami nauk przyrodniczych. Ktokolwiek by tak czynił, przekraczałby bowiem obszar dozwolony z punktu widzenia nauki i wkraczałby na obszar wyjaśnień metafizycznych, gdzie nauka już nie sięga (religia zaś jak najbardziej). Jest to dość tradycyjne i bardzo rozpowszechnione wśród wierzących (a nawet wśród wielu naukowców i ateistów) stanowisko. Uważam jednak, że takie stanowisko – mimo swej niewątpliwej ogólnej słuszności – jest tylko pewnym uproszczeniem omawianej tu problematyki i domaga się dalszych uściśleń. Jeśli tego się zaniecha, to może powstać (i powstaje) na tym tle wiele nieporozumień. Istnieją bowiem w nauce takie obszary badań, które zazębiają się z postulatami religijnymi, zahaczając swymi wyjaśnieniami o to, co twierdzi konkretna religia. Oczywiście nie każda religia, bo są różne religie, różne więc mogą być konkretne stanowiska tych religii, które tym samym mogą (lub nie) zazębiać się z danym wyjaśnieniem naukowym. W niniejszym eseju będę zajmował się tylko i wyłącznie stosunkiem nauki do postulatów chrześcijaństwa (i odwrotnie), kiedy więc będę używał dalej słowa „religia”, to będę miał na myśli przede wszystkim chrześcijaństwo.

Wracając do meritum: jak wspomniałem, istnieją pewne obszary badań naukowych, które pokrywają się z obszarem zainteresowań religii. Natura tych badań jest oczywiście inna (nauka nie podejmuje się wyjaśnień kwestii metafizycznych, jak czyni to religia), jednak obszar ich zainteresowań jest dokładnie ten sam. I tak na przykład teoria ewolucji zajmuje się zagadnieniem genezy różnorodności życia na ziemi, co jest również przedmiotem opisu religijnych Pism świętych (pierwsze dwa rozdziały Księgi Rodzaju). Kosmologia i astrofizyka zajmuje się powstaniem i rozwojem wszechświata, przy czym słowo „powstanie” należy tu rozumieć w sensie powstania obecnej postaci naszego wszechświata (tzw. Wielki Wybuch), nie zaś w sensie religijnej kreacji ex nihilo. Psychologia z kolei zajmuje się pewnymi aspektami behawioralnymi, którymi interesuje się też np. teologia moralna. Obszary zainteresowań niektórych badań naukowych i wyjaśnień religijnych mogą się więc pokrywać, co doprowadza nas do sedna zagadnienia. Ktoś bowiem może twierdzić, że na tym polu nauka wyjaśnia coś lepiej niż religia. W tym momencie dla uważnego czytelnika na pewno staje się całkiem zrozumiałe, dlaczego niektórzy racjonaliści twierdzą, że nauka wyjaśnia jakieś aspekty otaczającej nas rzeczywistości lepiej niż religia. Odwołajmy się teraz do dwóch najbardziej klasycznych przykładów tego typu twierdzenia.
Powstanie życia

Niektórzy racjonaliści i radykalni ateiści stawiają sprawę w ten oto sposób: wyjaśnienia religii odnośnie do stwarzania życia zdezaktualizowały się, bowiem nauka objaśniła już, skąd się wzięło życie. Wedle nauki życie nie zostało stworzone przez Boga, ale powstało samoistnie, w drodze przypadku. Dlatego wyjaśnienia religii w tej sprawie są fałszywe, błędne, a przede wszystkim zbędne. Religia nie jest już potrzebna, Bóg zaś jest nam zbędny do takich wyjaśnień.

Tak radykalne – i jak się dalej przekonamy: błędne – postawienie sprawy nie obejmuje zagadnienia teorii ewolucji. Można bowiem przyjąć, że teoria ewolucji była kierowana w swym procesie przez Boga. Tak przyjmuje wielu katolików i zwolennicy tzw. inteligentnego projektu (Inteligent Design, obecnie jest to bardzo popularny ruch działający głównie w amerykańskich środowiskach wierzących studentów i naukowców). Wtedy jedno nie wyklucza drugiego i sama teoria ewolucji nie jest w takim wypadku argumentem przeciw światopoglądowi teistycznemu. Wspomniani radykałowie intuicyjnie zdają sobie z tego sprawę, dlatego idą dalej w swych postulatach, twierdząc, że nauka objaśniła nie tylko pochodzenie człowieka (teoria ewolucji), ale nawet kwestię powstania i pochodzenia życia. Gdyby istotnie tak było, to w takiej sytuacji rzeczywiście nie dałoby się chyba utrzymać światopoglądu teistycznego, bowiem gdyby życie powstało w drodze przypadku, to Bóg po prostu nie mógłby go stworzyć. Przy takim obrocie sprawy można by było wierzyć już tylko w Boga deistów, ale nie w Boga teistów. Dlatego wspomniani radykałowie stawiają tezę, że nauka dostatecznie wyjaśniła, jak powstało życie, bo mniemają, że w ten sposób (i trudno się z nimi nie zgodzić w takiej sytuacji) wykluczą istnienie Boga teistów, którego jednym z nieodłącznych atrybutów jest działanie stwórcze.

Wracając do meritum spytajmy: Czy rzeczywiście jest tak, że nauka już wykluczyła Boga teistów, bowiem wykazała, że życie powstało w drodze przypadku (a więc, że Bóg go nie stworzył)? Wcale nie. Stanley Miller, słynący z tego, że jako pierwszy podjął się próby laboratoryjnego odtworzenia procesu powstawania życia, doszedł z czasem do wniosku, że na temat początków życia na naszej planecie nie można powiedzieć nic, co byłoby empirycznie sprawdzalne. Podejmowane zaś wśród współczesnych uczonych próby opisania procesu powstania życia Miller określił równie sceptycznie. Jeden z autorów, który przeprowadzał z nim wywiad, zrelacjonował to w taki oto sposób:

„Wydawało się, że nie zrobiła na nim wrażenia żadna z ostatnich koncepcji pochodzenia życia – mówił o nich jako o «nonsensach» lub «papierowej chemii»”1.

Richard Dawkins na łamach swej książki pt. Ślepy zegarmistrz podjął się rozważań koncepcji powstania życia w ujęciu Cairns-Smitha, która to koncepcja wydała mu się wówczas akurat najbardziej przekonująca. Mimo przemawiającej do wyobraźni ekwilibrystyki słownej Dawkins musiał jednak przyznać co do przedstawianej przez siebie koncepcji pochodzenia życia, że:

„To science fiction – i zapewne dość oderwana od rzeczywistości”2.

W innej swej książce Dawkins pisał o możliwości zweryfikowania koncepcji powstania życia:

„Opis powstania życia, który zaprezentuję, jest z konieczności spekulatywny; z oczywistych przyczyn nie było wtedy nikogo, kto mógłby obserwować przebieg wydarzeń”[3].

Co prawda, w swym wywodzie Dawkins usiłuje dalej podać jakąś w miarę spójną koncepcję powstania życia, co do której – jak sam przyznaje – wierzy, że jest bliska rzeczywistości. Nie zmienia to jednak wymowy zacytowanego przeze mnie fragmentu, na podstawie którego nie da się zaprzeczyć, że opisywana naukowo koncepcja powstania życia, choćby nie wiem jak była przekonująca, nigdy nie będzie empirycznie potwierdzonym faktem opartym na „obserwacji rzeczywistości”. Może być jedynie filozoficznym modelem rzeczywistości, przy opisie którego wykorzystano wyobraźnię i pewne luźno powiązane elementy chemii organicznej i biologii. Podstawą dla tego modelu nie jest jednak (i być nie może) bezpośrednie empiryczne doświadczenie, czego nie ukrywają także inni biolodzy w najnowszych publikacjach. Na przykład Bernard Korzeniewski pisze, że co do powstania życia na naszej planecie „jesteśmy zdani głównie na spekulacje. Być może nigdy nie poznamy szczegółów procesu powstawania życia na ziemi”[4]. I choć dalej autor ten twierdzi, że można dziś coś na ten temat powiedzieć, to jednak przyznaje, że są to ekstrapolacje dokonywane ex post, co naraża te wnioski na margines błędu[5]. Inny z autorów podaje, że „biolodzy opierają się na założeniu, iż powstanie życia można rozpatrywać w kategoriach czysto fizycznych, przeto cały proces da się odtworzyć”[6]. W zdaniu następnym autor ten jednak dodaje: „Oczywiście nie teraz – zarzekają się – lecz później, gdy dowiemy się czegoś więcej”[7], co już niestety jest błędem logicznym appeal to the future. Całe dalsze opisy powstania życia opierają się u Forteya na stwierdzeniach typu „być może” itd.

Inny ze znanych biologów pisze wprost:

„Nie istnieje też formuła, która wyjaśniałaby rozmiary zmian i niemal nieskończoną różnorodność, jakie towarzyszyły przygodom życia na całej naszej planecie. Historia ta jest tajemnicą zamkniętą w mrokach dziejów w większości zbyt odległych, byśmy mogli do nich zajrzeć. Nawet jeśli nowe odkrycie ujawnia ważny szczegół, najczęściej powoduje powstanie nowej zagadki wskazującej na takie aspekty problemu, jakich istnienia wcześniej nie podejrzewaliśmy. […] Każde pokolenie musi pisać księgę życia od nowa, ponieważ dostrzega większą część owej historii. […] Nie istnieje wersja ostateczna”[8].

Nauka zatem wcale nie potwierdza tego, że życie powstało w drodze przypadku. Przeciwnie, nauka w ogóle nie jest w stanie wyjaśnić, jak powstało życie, a co dopiero mówić o tym, że nauka „wykazała”, iż życie powstało w drodze przypadku. O czymś takim w ogóle nie może być mowy.

Początek wszechświata

Drugi z przykładów najczęściej podawanych przez wspomnianych wyżej radykałów, mających ilustrować, jak nauka wykluczyła potrzebę wyjaśnień religii, odwołuje się do powstania wszechświata. Niektórzy racjonaliści i radykalni ateiści stawiają sprawę w ten oto sposób: Wyjaśnienia religii odnośnie do powstania wszechświata zdezaktualizowały się, bowiem nauka objaśniła już, jak to się odbyło. Wedle nauki wszechświat nie został stworzony przez Boga, ale powstał w wyniku tzw. Wielkiego Wybuchu. Dlatego wyjaśnienia religii w tej sprawie są fałszywe, błędne, a przede wszystkim zbędne. Religia nie jest już potrzebna, Bóg zaś jest nam zbędny do takich wyjaśnień.

Jednakże w tym wypadku mamy podobnie jak wyżej: wyjaśnienia nauki wcale nie wykluczają istnienia Boga Stwórcy w tej kwestii. Nie wiemy bowiem, co spowodowało Wielki Wybuch ani co było przed nim. Zagadka ta jest nierozwiązywalną łamigłówką współczesnej nauki. Co więcej, teorię Wielkiego Wybuchu można pogodzić z teorią stworzenia świata i takie próby podejmują nawet niektórzy teiści. Teoria ta nie wyklucza bowiem wcale idei Boga Stwórcy, w pewnym sensie potwierdza nawet pośrednio tę ideę, skoro obie te koncepcje zakładają, że nasz obecny wszechświat miał wraz ze swoją czasoprzestrzenią jakiś początek (choć należy zaznaczyć, że w teorii Wielkiego Wybuchu nie był to początek ex nihilo).

Złudzenie światopoglądu naukowego

Racjonaliści i ateiści nie ograniczają jednak dychotomii nauka kontra religia do powyższych kwestii. Uważają oni, że nauka będzie w stanie (lub nawet już jest) wyjaśnić wszystkie inne aspekty, które próbuje wyjaśniać religia, lub że w ogóle będzie ona w stanie wyjaśnić otaczającą nas rzeczywistość. Odwoływanie się w swej argumentacji do tego, co może stać się w przyszłości, jest jednak błędem logicznym appeal to the future.

Następnie – i tu dochodzimy do meritum niniejszego eseju – ateiści i racjonaliści twierdzą często, że dowodem na postęp nauki w odkrywaniu prawdy o świecie jest współczesny postęp technologiczny. Bardzo często słyszy się argumenty w stylu: „nauka dokonuje postępu w odkrywaniu prawdy o świecie, dowodem tego jest choćby komputer, na którym piszesz, samolot, który lata, czy fakt, że medycyna oparta na nauce jest w stanie skutecznie wyleczyć cię z choroby. Kiedy jesteś chory, nie idziesz do księdza, tylko do lekarza” – dodają co bardziej uszczypliwi rzecznicy pomniejszania epistemologicznej wartości religii na rzecz epistemologicznej wartości nauki.

Argumentacja taka jest jednak zwykłą sofistyką. Z faktu, że samolot lata, komputer działa, a naukowcy dobrze wykonali obliczenia, nadal nie wynika przecież, że naukowcy już bezspornie wiedzą, lub że w ogóle kiedykolwiek będą mogli wiedzieć wszystko o naszej rzeczywistości i odkryć ją do końca. Z faktu, że samolot lata, komputer działa, a naukowcy dobrze wykonali obliczenia, nadal nie wynika również np. to, że wiedzą oni, jak powstało życie lub że powstanie wszechświata było czynnikiem zupełnie akcydentalnym itd. Samolot i komputer są bowiem w pełni dostępnym zespołem danych, jednak inne obszary rzeczywistości nie są tak samo w pełni podane (i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą) naszej bezpośredni percepcji. Innymi słowy, z tego, iż wiemy, jak lata samolot, wcale nie wynika, że będziemy też kiedykolwiek wiedzieć, co np. się działo dwie sekundy przed Wielkim Wybuchem, lub że kiedykolwiek będziemy mogli się dowiedzieć, co dokładnie stało się w momencie, gdy na Ziemi powstało życie. Kiedy bowiem następował Wielki Wybuch i kiedy na Ziemi rodziło się życie, nie istnieli na Ziemi biolodzy i fizycy, którzy tak jak inżynierowie budujący samoloty mogliby dokładnie przyjrzeć się tamtym niepowtarzalnym już dziś procesom, zbadać je i objaśnić. Argumentując w sposób przedstawiony powyżej, rzecznicy postępu technologicznego jako dowodu na epistemologiczny postęp nauki dokonują więc fałszywej analogii w zakresie posiadanych w nauce danych. Nie wszystkie dane w nauce są tak samo dostępne, dlatego nie wszystkie wnioski w nauce są tak samo pewne i bezsporne jak te, które umożliwiają nam budowę samolotów i komputerów.

Po drugie, czy z faktu, że naukowcy byli w stanie wykonać trafne obliczenia dotyczące np. samolotu i komputera, wynika, iż wiedzą oni absolutnie wszystko o zjawiskach rządzących tymi urządzeniami? Nawet to nie jest pewne. Wykrycie pewnych zależności, które skutecznie mogą być wykorzystywane w różnych urządzeniach, wcale nie gwarantuje, że naukowcy są w stanie do końca rozumieć, jakie procesy fizyczne w rzeczywistości zachodzą w elementach tych urządzeń. Innymi słowy, naukowcy wcale nie muszą do końca wiedzieć, jaki jest mechanizm zjawisk wykorzystywanych w tych urządzeniach. Nie wykorzystują oni bowiem w tych urządzeniach prawdy o istocie tych zjawisk czy ostatecznej prawdy o tych zjawiskach, lecz jedynie niektóre zależności, jakie te zjawiska wywołują w relacji do innych elementów i obiektów materii. Ostatnie zdanie nie bez powodu oznaczyłem w całości kursywą, jest ono, jak sądzę, najważniejsze dla całego niniejszego eseju, bowiem zawiera się w nim całe sedno niniejszych rozważań, meritum, wokół którego będę rozwijał całą dalszą linię polemiczną. Oczywiście nie mam zamiaru pozostawić tego zdania bez odwołania się do jakichś konkretów, dlatego podam za chwilę przykłady takich sytuacji z historii nauki, które poprą wspomnianą tezę.

W historii nauki mieliśmy sytuacje, które jasno pokazują nam, że współczesny rozwój technologiczny w nauce nie jest dowodem na to, że naukowcy w pełni rozumieją, lub choćby powinni rozumieć, rzeczywistość i zjawiska, jakie wykorzystuje współczesna technologia. Sytuacje te negują tezę niektórych ateistów i racjonalistów, podług której rozwój technologiczny jest dowodem na to, że nauka sukcesywnie odkrywa istotę otaczającego nas świata. Nie ma takiej korelacji, a przynajmniej nie musi być. Oto kilka przykładów popierających ten fakt. Jak wiadomo, w nauce istniała kiedyś teoria flogistonowa, która z czasem okazała się fałszywa. Jak ukazuje T. Kuhn, teoria ta mimo swojej ewidentnej błędności (okazało się, że coś takiego jak flogiston po prostu nie istnieje) dobrze i trafnie wyjaśniała pewne reakcje oraz zjawiska chemiczne. Teoria ta przyczyniła się również do zbudowania poprawnie działających urządzeń[9]. Kuhn wskazuje też, że odrzucona potem jako błędna teoria eteru, uznawana jednak przez pewien okres w nauce, trafnie tłumaczyła i przewidywała pewne zjawiska astronomiczne[10].

Wiemy też, że teoria newtonowska, która po dziś dzień znajduje zastosowanie przy budowie pojazdów powietrznych, została obalona przez teorię Einsteina. Jest bowiem tak, że prawa Newtona nawet przy stosunkowo niewielkich masach i prędkościach nie są prawidłowe w świetle praw relatywistycznych Einsteina. Aby przekształcić prawa Einsteina na prawa Newtona, należy dopisać do każdego szeregu twierdzeń Newtona ograniczenie w postaci (v/c)2 <<1. Wtedy szeregi tych twierdzeń mają pozwolić zachować prawa newtonowskie dla małych mas i prędkości. Jednak w tej sytuacji te prawa nie są już tak czy inaczej newtonowskie, bowiem są zinterpretowane na sposób einsteinowski, czyli pod względem epistemologicznym jest to już zupełnie inny punkt widzenia, kompletnie inna optyka percepcyjna. Przestrzeń, czas i masa einsteinowska, czyli podstawowe pojęcia, są bowiem czymś zupełnie inaczej pojmowanym w przypadku newtonowskim. Np. masa newtonowska ulega zachowaniu, zaś masa einsteinowska jest równoważna energii. Nawet kiedy pojęcia wspólne dla obu tych teorii mają tę samą wartość, to jednak są one już zupełnie innym widzeniem świata [11]. Uważać je za równoważne to tak jak twierdzić, że widzenie przez Kowalskiego banana i widzenie przez Iksińskiego w tym samym miejscu i czasie kiwi oznacza, iż widzą oni to samo, ponieważ oba te owoce po zważeniu dały im tę samą wartość w gramach. Jest to bezsens. Obaj bowiem widzą w tym samym miejscu i czasie dwie zupełnie różne rzeczywistości, i kropka. Ten przykład również dobrze pokazuje, że odkrywanie przez naukę jakichś praw, które pozwalają budować jakieś skutecznie działające urządzenia, nie oznacza, że nauka dobrze zrozumiała naturę tych praw w sposób jakościowy (zrozumiała je co najwyżej w sposób ilościowy, również wedle jakichś przyjętych wcześniej a priori wzorców miary).

Na podstawie wielu przykładów Kuhn ukazuje również, że postęp technologiczny może dokonywać się nie tylko bez pomocy nauki, ale nawet wbrew niej. Jak pisze: „technika w ciągu następnych trzystu lat, mniej więcej aż do ostatnich dziesięcioleci ubiegłego wieku, rozwijała się w istocie bez udziału nauki”[12]. Dalej zauważa, że „rzeczywistymi nowatorami w dziedzinie techniki byli rzemieślnicy, majstrowie i pomysłowi wynalazcy, ludzie pozostający często w ostrym konflikcie ze współczesnymi sobie uczonymi”[13]. Dalej Kuhn pisze, że nauka i technika powinna być przez historyka nauki traktowana jako odrębne dziedziny wiedzy, które w pewnych okresach były rozdzielone przez spory między technologami i uczonymi, i że nie było czegoś takiego jak „odkrycie nauki”, na podstawie którego rzekomo konstruowano jakieś urządzenie. Było dokładnie odwrotnie, najpierw tworzono jakąś gałąź technologii, a dopiero potem naukowcy próbowali wyjaśnić, jak to działa[14]. Wskazując na przykład maszyny parowej, Kuhn zauważa, że tworzący teorię tej maszyny Carnot twierdził, iż do powstania tej teorii „nauka przyczyniła się niewiele lub wcale”[15]. Maszyny te były stosowane w praktyce inżynierskiej, jeszcze zanim ktokolwiek z naukowców podjął nad nimi badania. Kuhn konkluduje: „Z nielicznymi i mało znaczącymi wyjątkami uczeni, którzy podejmowali problemy techniki, przyczyniali się głównie do oceny i wyjaśniania, a nie do udoskonalania technik powstałych już wcześniej i bez pomocy nauki”[16].

Do identycznych wniosków dochodzi popularyzator nauki Lewis Wolpert. W swej bardzo ciekawej pracy zatytułowanej Nienaturalna natura nauki, w rozdziale o wymownym dla niniejszych rozważań tytule pt. Technika nie jest nauką, zauważa on, że niemal wszystkie większe wynalazki ludzkości, takie jak kompas, druk, proch, „z nauką nie miały nic wspólnego […]. Dzieje techniki to w wielkiej mierze anonimowa kronika, w której uhonorowano zaledwie kilka nazwisk – znów odwrotnie niż w nauce”[17]. Na przykład o silniku parowym, opartym na wynalazku Newcomena, Wolpert pisze, że konstrukcja ta „nie opierała się na żadnej ścisłej wiedzy”[18]. „Nie przejmując się zwerbalizowanymi teoriami [naukowymi – przyp. J.L.], twórcy techniki zestawiają w swych umysłach nowe kombinacje rozmaitych elementów”[19]. Najciekawsza jest jednak konkluzja Wolperta: „I dzisiaj urządzenia inżynieryjne nie muszą być wytwarzane na podstawie nauki”[20]. Zdaniem autora nawet wynalazek tranzystora, podstawy współczesnej elektroniki, trudno uważać za sukces techniczny nauki, bowiem choć tranzystor został skonstruowany przez fizyków, to jednak nie zdawali oni sobie sprawy z możliwości postępu technologicznego, jaki się dokonał dzięki temu wynalazkowi. ów postęp technologiczny był dziełem dopiero późniejszego wykorzystania go przez Japończyków, co „dowiodło, że silna baza naukowa nie jest konieczna, aby osiągnąć sukcesy w przemyśle wytwórczym”[21].

Są to świetne przykłady na to, że sukces technologii w praktyce nie musi de facto oznaczać sukcesu teorii naukowych, co przeczy powyższej erystyce wspomnianych radykałów, którzy na podstawie sukcesu teorii naukowych w praktyce próbują uzasadniać prawdziwość i pewność tych teorii.

Niepewne, ale wciąż bardziej prawdopodobne?

Niektórzy racjonaliści zdają sobie sprawę z tego, że w świetle zmasowanej antyscjentycznej krytyki intelektualnej ostatniego stulecia nauka nie jest w stanie już dziś zasadnie dawać pewnych wyjaśnień rzeczywistości. Godzą się z tym już nawet tacy fizycy jak Freeman Dyson, czy Weinberg[22]. Jednakże wyjaśnienia naukowe, choć nie są już tak pewne jak matematyka, to w jakiś sposób wciąż mają zachowywać przynajmniej część pewności. Koncepcja taka jest nazywana probabilizmem i powstała wśród kręgów naukowych z Cambridge[23]. Pod wpływem tego myślenia racjonaliści sformułowali więc ostatnio taką oto tezę w obronie nauki: Nawet jeśli nauka nie formułuje pewnych i ostatecznych wyjaśnień na temat natury rzeczywistości, to jej wyjaśnienia są jednak bardziej prawdopodobne niż jakiekolwiek inne koncepcje wyjaśniające świat. Rzecznikiem takiego poglądu jest Richard Dawkins[24], znany na świecie apologeta tzw. scjentycznego ateizmu.

Takie postawienie sprawy rodzi jednak pewne nieprzezwyciężalne problemy natury filozoficznej. Po pierwsze, jeśli nic, co jest związane z nauką, nie daje nam pewności wyjaśnień, to nie mamy też pewności, że w ogóle słuszna jest owa zakotwiczona w samej nauce koncepcja, która postuluje, iż nauka mimo swej niedoskonałości zbliża nas jednak coraz bardziej ku prawdzie, lub choćby to, że jej opisy świata są coraz bardziej prawdopodobne. Chyba że ktoś tę koncepcję opiera na myśleniu pozanaukowym. Wtedy jednak powstają inne problemy. W takim wypadku nie wiemy bowiem, czemu ta koncepcja ma być zasadna, skoro rzecznicy naukowego poznania rzeczywistości uważają, że tylko nauka jest w stanie dokonać uprawomocnienia jakichś danych. Chyba że oprą swą koncepcję jedynie na swej wierze, ale wtedy też nie ma to z nauką nic wspólnego. Sytuacja jest tu patowa i nie ma z tego dylematu żadnego wyjścia.

Po drugie, skoro nauka nie daje nam pewności w swych opisach natury świata, to w takim razie nie wiemy, co należy do istoty owej natury, lub inaczej: jaka owa natura jest naprawdę. A skoro tak jest, to nie możemy też powiedzieć, że nauka coraz bardziej zbliża nas do prawdy. Nie znamy bowiem tej prawdy, a tym samym nie wiemy, kiedy się do niej już zbliżamy, a kiedy jeszcze nie. Nie mamy bowiem wzorca prawdy, z jakim moglibyśmy porównać to, co mniemamy, że poznajemy. To tak jakby powiedzieć, że Iksiński jest coraz bardziej podobny z wyglądu do Kowalskiego, choć nie wiemy tak naprawdę, jak w ogóle wygląda Kowalski, bo nigdy nie udało się nam jeszcze go zobaczyć. Powyższa koncepcja probabilistyczna jest więc raczej bezzasadna i wygląda raczej jak zbiór postulatów aniżeli słuszne rozumowanie. Zdają sobie z tego sprawę również metodolodzy i filozofowie nauki. Imre Lakatos pisze, że „wykazano, głównie za sprawą Poppera, że w bardzo ogólnym przypadku wszystkie teorie mają prawdopodobieństwo zerowe, niezależnie od dostępnych świadectw: wszystkie teorie nie tylko są równie nieudowadnialne, ale też równie nieprawdopodobne”[25].

Ta ostatnia konstatacja doprowadza nas do konkluzji tego artykułu: skoro koncepcje naukowe są nieudowadnialne i nieprawdopodobne z logicznego punktu widzenia, to czemu racjonaliści uważają, że są one bardziej pewne niż koncepcje religijne na temat świata, które są dla nich niepewne? Nie można powiedzieć tutaj, że nauka jest w jakiś sposób wciąż bardziej pewna, ponieważ odwołuje się do faktów, skoro również „fakty nie mogą, na co wskazywali kantyści, dowodzić twierdzeń” naukowych[26]. Potwierdzają to także współczesne analizy metodologiczno-logiczne. Niektórzy badacze metodologii naukowej, tacy jak P. Duhem, są skłonni dowodzić nawet za pomocą wielu argumentów, że np. w fizyce w ogóle nigdy nie zachodzi sytuacja, gdy coś można ostatecznie potwierdzić lub odrzucić za pomocą „eksperymentu ostatecznego”[27].

Pierwsza trudność polega na tym, że „z logicznego punktu widzenia, hipoteza może mieć dowolnie wielką liczbę potwierdzanych wynikających w niej konsekwencji, a jednak być fałszywa. I na odwrót, hipoteza może mieć bardzo małą ilość potwierdzającego ją materiału”[28]. Jest tak również dlatego, „ponieważ te same dane mogą być wyjaśniane na gruncie różnych teorii, których ilości nie sposób określić”[29]. Oznacza to po prostu, że jedne i te same dane mogą potwierdzać sprzeczne względem siebie koncepcje, a więc nic nie potwierdzać tak naprawdę.

Następny problem pojawia się odnośnie do tego, że nie wiadomo, jakie dane właściwie miałyby potwierdzać hipotezę. Problem ten znany jest jako „paradoks Hempla”[30]. Na jeszcze inny problem zwrócił uwagę Duhem. Zauważa on, że aby potwierdzić daną teorię, należy dla jej konsekwencji wprowadzać dodatkowe założenia. Kiedy więc potwierdza się jakąś hipotezę, to wraz z nią potwierdza się zarazem resztę hipotez. Ponadto, kiedy nawet teoria ta nie jest potwierdzona przez jakieś doświadczenie, to wtedy nie wiadomo, która z tych hipotez nie jest potwierdzona. Nie wiadomo, co wtedy zmieniać. Trudno też określić wówczas zakres i granice tego, co potwierdzać[31].

Największy problem ułożenia pomostu pomiędzy danymi empirycznymi a teoretycznym uogólnieniem powstaje z punktu widzenia uzasadnień Kornera[32]. Kupcow i Lebiediew, omawiając argumentację logiczną Kornera, konkludują:

„Wiedza teoretyczna i empiryczna stanowią dwa jakościowo różne poziomy wiedzy, tzn. są wzajemnie niesprowadzalne logicznie ani całkowicie, ani nawet częściowo”[33].

Tez nauki nie dowodzi także odwołanie się do koncepcji technologicznego sukcesu i skuteczności nauki, jaka ma być za ten sukces odpowiedzialna, na co wskazałem już wyżej. Nawet gdyby było tak, że nauka tworzy postęp techniki, to nauka nie zawsze jest powiązana z techniką. Postulowanie, że skoro jedne teorie są skuteczne technologicznie (co wcale nie znaczy, że mówią prawdę o świecie, jak wspomniałem), to wszystkie teorie naukowe są prawdziwe i przez to są one pewne co do zdobywania prawdy o świecie, byłoby błędem logicznym fallacy of composition (orzekanie na podstawie pojedynczych przypadków o całości). W obszarze wspólnych zainteresowań nauki i religii wyjaśnienia naukowe nie są bardziej pewne niż wyjaśnienia wiary. Tym samym doszliśmy do ostatecznej konkluzji niniejszego eseju.

Może z tego coś wybierzesz do swojej pracy.

link | zgłoś naruszenie
odpowiedzi udzielono 5 lat temu
izuskaa16
329 pkt1
Dodaj komentarz


Czy ta odpowiedź Ci pomogła?   
Twoja odpowiedź:
Nie jesteś zalogowany, ale możesz odpowiedzieć anonimowo.

Jeżeli chcesz wstawić wzór matematyczny, możesz to łatwo zrobić. Sprawdź tutaj jak to zrobić.

włącz/wyłącz podgląd



Tagi

× 2

utworzono6 lat temu
zaktualizowano5 lat temu
wyświetlono799 razy