Należę do tych osób, które uczęszczają na niedzielne msze. Tak zostałem wychowany i tak staram się organizować czas, aby zawsze było miejsce na niedzielną eucharystię. Staram się też uważnie słuchać tego, co jest czytane w czasie czytań liturgicznych oraz mówione w czasie kazań. Na początku chcę zwrócić uwagę na stwierdzenie: staram się uważnie słuchać… Nie zawsze jednak jestem w stanie utrzymać długo koncentracje na wysokim poziomie. Czasem zmęczenie, czasem zimno czy duszne wnętrze kościoła, czasem nawet nie wiem dlaczego myśli moje uciekają i po chwili łapię się na tym, że „odpłynąłem” . Sytuacje często pogarsza fakt, iż zamiast „żywego” życiodajnego słowa o dobrym i kochającym Bogu opartego o odpowiednie czytania Słowa Bożego czyta się różnego rodzaju pobożnie napisane listy i odezwy do wiernych, czasem ten czas wypełniają ogłoszenia. Tutaj sobie bardzo zaszkodzę u niektórych, ale najgorsze, co może być to kazania nastawione na żale i pretensje szczególnie kierowane do tych, których w kościele nie ma i pewnie prędko nie będzie, kazania o charakterze politycznym czy takie, które poprzez uogólnienie wrzucają wszystkich do jednego worka. Przykładem niech będą słowa z przed kilku tygodni, kiedy usłyszałem wraz z pozostałymi w kościele: „…a wy jak te barany dajecie się manipulować…” czy stwierdzenie: „…co to za katolicy zamiast przyjść do kościoła siedzą w domu w wygodnych fotelach, albo rozsiadają się wygodnie w kościelnej ławce..” Kiedy indziej podczas uroczystości ślubnej kazanie dotyczyło patologii w rodzinie, rozwodach i nieformalnych związków – a o Bogu, który wypełnia ten sakrament nic! Ale przecież ja jestem w kościele! Ja chcę posłuchać o Dobrym Ojcu o Jego miłości o tym jak żył i postępował Jezus – jak kochał. Nie wydaje się mi żebym był baranem, pijakiem, a tym bardziej jakimś zboczeńcem, ale cóż jestem w środku, więc staram się słuchać, choć łatwo nie jest. Oczywiście są kapłani, zakonnicy, którzy przemawiają z Ducha Świętego. Mowa taka nie zawsze jest łatwa, ale porusza serce, konfrontuje mnie ze Słowem Bożym i Jego miłością, pobudza mnie do rachunku sumienia i inspiruje do konkretnych działań. Takie słowa dają życie. Noszę je w sercu, dzielę się z innymi – wykonują swoją pracę przez dłuższy czas. Moje oczy wpatrzone są w mówiącego i z koncentracją nie mam problemu. Tak Bóg przemawia przez drugą osobę. Niestety takie kazania nie zdarzają się powszechnie – wielka szkoda. Co zatem jak skazany jestem na cotygodniowe kazania o finansach, polityce, pretensjach …., a o Bogu prawie nic albo wcale? Jeżeli chodzi o mnie to staram się „ zaczepić” o cokolwiek, co mnie zaintryguje, co zwróci moją uwagę nawet jak się nie zgadzam to taki temat poddaję rozważaniu i szukam odpowiedzi dlaczego się nie zgadzam. Użyję przykładu z ostatniej niedzieli. Na kazaniu pada: „Bóg kocha nas bezwarunkową miłością i nie potrzebuje od nas nic!” ( zgadzam się ) , jedynie czego Bóg potrzebuje to twojej akceptacji …” ( nie zgadzam się – akceptacja to „coś” a nie „nic”). Więc idę za tą myślą i zastanawiam się nad Bogiem kochającym bezwzględnie, czy Bogu potrzebna jest moja akceptacja i powoli dostrzegam Jego miłość, wielkość, majestat. Zabieram do domu z całego kazania tą jedną myśl – Bóg kocha ponad wszystko i zawsze, nawet tych, którzy teraz są na nie! – jedna myśl w sercu z nudnego niespójnego i długiego kazania, ale odnalazłem skarb, nasiono prawdy.
Nawet w najgorszym kazaniu można odszukać to coś, co Bóg chce powiedzieć tylko trzeba chcieć słuchać, trzeba być otwartym, trzeba wykorzystać każdą inspirację, nawet tą, która początkowo nas drażni i irytuje. Bóg jest ponad słabościami ludzkimi, Bóg ma zdolność poruszania serca nawet, jeżeli okoliczności nie są sprzyjające – tylko czy my – ja i Ty chcemy otworzyć się na Boga czy tylko „zaliczyć” mszę.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Przemyślenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
← Uśmiechnij się:)
Zwiedziony umysł →
Jedna odpowiedź na „O czym było kazanie?”
padregiacinto pisze:
31 maja 2011 o 10:33
Są takie niedziele i święta, które przynoszą ze sobą odgórny nakaz odczytania listu pasterskiego – czy to Konferencji Episkopatu, czy własnego biskupa diecezjalnego, dyskusji więc nie ma. I chociaż te listy mogą być niezwykłe w swojej treści (mój biskup pod tym względem jest rewelacyjny), to jednak zawsze będzie to tekst odczytany i nie wiem, czy mogę zaliczyć go do słowa żywego.
A do samych kazań, homilii, medytacji… Wiadra żółci, mędrkowanie ekonomiczno – polityczne… pretensje, żale. Kapłan sercem mówi. Ciekawe co wypełnia w tym momencie serce księdza czy diakona? Duch Boży czy duch tego świata?
Zanim zaczniemy mówić, musimy słuchać tego, co mówi Bóg do swoich Kościołów – tych małych, parafialnych. Jak milczy, to też mówi.